|
...był lekki i przyjemny. Od
samego ranka słońce przygrzewało a delikatny wiatr chłodził. Pociąg
przyjechał na świnoujską stację o 8:12, jak też rzekł rozkład. Znając
już teren, czmychnąłem od razu na prom, by przeprawić się na drugą
stronę Świny. Stamtąd już zaledwie ok. 3km do przejścia granicznego dla
pieszych, ulicą Konstytucji 3-go Maja.
Po przystąpieniu Polski do UE
nie ma już praktycznie żadnej kontroli. Wesoły pogranicznik jedynie
zapytał o cel wizyty i życzył szerokiej drogi.
Do rozważenia miałem dwie opcje: albo pójść do Niemiec na jeden dzień
i zaraz wrócić albo zostać tam na jedną noc. Zdecydowałem się na powrót
tego samego dnia, gdyż w tej okolicy nie ma nic specjalnego do
zwiedzania. Muzeum broni rakietowej, położone ok. 40km od granicy w
Peenernunde, to ponoć jedna wielka ściema i wydawanie 10EU za wstęp
byłoby rozrzutnością, jak na oglądanie paru makiet. To już w naszej Rąbce (koło Łeby) jest chociaż jeden dół po wyrzutni...
Odwiedziłem więc trzy przygraniczne miejscowości: Ahlbeck, Heringsdorf
oraz Bansin.
Do Ahlbeck jest dosłownie parę kroków. Poza wieżą widokową, na którą
wstęp kosztuje 1EU, nie ma tam nic godnego uwagi. Podobnie w Heringsdorf.
Dalej, 111'ką, dotarłem do Seebad Bansin. Bansin jest już bardziej
zaludnione turystami.
Udało mi się odwiedzić parę sklepów, by nabrać
orientacji co do niemieckich cen. Najpierw czekałem 20 minut na otwarcie LIDL'a,
gdyż ten czynny był w niedziele od 12:00. Jak to w
hipermarkecie, wózki wymagały zdeponowania monety. Zachciało im się 1DM
lub 1EU. Nie wymieniałem waluty, więc powstał mały problem. Szczęśliwie
wózki nie pogardziły też 1 złotówką, choć na 2-złotówkę najpierw się
obraziły. Szkoda, że nie miałem markera, bo bym dopisał "...i 1 PLN tyż
:)". Ceny w LIDL'u wydały się całkiem znośne, zbliżone do naszych. Po
wcześniejszej wizycie w piekarni, gdzie chleb kosztował 1,5..2EU było to
miłe zaskoczenie. W sklepie ze sprzętem foto ceny były nawet ciut niższe
niż nasze sklepowe (cyfrówka Canona A300 za 199EU, IXUS 430 za 330EU).
Ceny gotowego żarcia, na promenadzie, znów przyprawiały o zawrót głowy.
Do kraju wróciłem już plażą, by uniknąć szosy, po której jeżdżą
niesłychane ilości samochodów - sznurkiem jeden za drugim. Pozostałaby
jeszcze przejażdżka kolejką UBB do granicy, ale Niemcy słono sobie liczą
za bilet (20km=10EU, 41km=17EU). Podobnie ichnie PKS'y mają kosmiczne
ceny biletów (35EU do Berlina).
Plaża do samej granicy była zatłoczona. Co ciekawe, u sąsiadów panuje
już całkowite wyluzowanie i golasów na plaży jest sporo. Oczywiście
zamiast nagich dziewczyn kręcą się same stare baby i faceci, ale i kilka
w znośnym wieku kobitek się trafiło ;) Toples zaś to standard.
Pod samą granicą (bo pasa granicznego już nie ma) niemiecki
pogranicznik grabił piasek. Wspomniał, że tędy przejścia niet. Pogadałem
z nim chwilę, a wspólnym językiem był angielski. Na koniec zrobiłem
sobie fotkę przy słupku, depcząc jego dzieło sprzed minuty ;) Widząc to
miły pan wręczył mi grabie i rzekł: "teraz grabisz ty" :)
O przejściu plażą nie było mowy, więc granicę przekroczyłem jak
należy. Podczas kontroli celnik popatrzył w dowód, potem na mnie, znowu
w dowód, na mnie (oni lubią się nadal bawić). A ja mu na to (a miałem
wielki plecak na sobie): "110 litrów piwa" ;) (taki jest limit na
osobę). Uśmiechnął się i rzekł: "a to może być".
Dalej już znowu do promu, a z niego do latarni morskiej (5,5km).
Latarnię udało mi się zwiedzić, choć było już sporo po 18-tej. Wygadany
latarnik opowiedział mi trochę faktów i anegdot, przez co wizyta po
normalnej, a nie ulgowej - dla studentów - cenie biletu była warta 3zł.
Parę km za latarnią rozbiłem na plaży namiot. Pogoda bardzo sprzyjała
cały dzień. Mimo braku ładnego zachodu słońca, delikatny wiatr nie
przeszkadzał w osiedleniu się na plaży. Było na tyle ciepło, by umyć się
swobodnie. Jeszcze kolacja, pisanie pamiętnika i pierwszy dzień
zakończyłem. W oddali światła latarni morskiej, a ja mówię dobranoc.
..: Nocka :..
Owe dobranoc było przedwcześnie wypowiedziane, mimo iż po
przysłowiowym zachodzie słońca. Nie zdołałem poleżeć godziny, jak
o namiot zaczęły uderzać coraz to częściej podmuchy wiatru, wywołując
dziwne odgłosy. Gdy jest się zamkniętym w nieprzezroczystym namiocie,
chwilami wydawać by się mogło, że ktoś się kręci wokół i puka nam w
ściany.
Niedługo potem swą batalię rozpoczęła burza. Burza na plaży nie jest
najciekawszym zjawiskiem, gdyż z uwagi na brak wyższych obiektów, Ty stajesz się
potencjalnie łatwiejszym celem dla piorunów. Po pół godzinie odległe wcześniej
wyładowania przeniosły się nad moją głowę. Namiot co chwila rozświetlały błyski
piorunów. Nie to jednak mogło być najgorsze, jak też i nie ulewa przybyła wraz z
burzą. Front burzowy pchany jest przez silne wiatry. Fala uderzeniowa frontu ma
sporą siłę i bałem się, iż może zmieść mój namiot w każdej chwili. Przy takiej
sile wiatru, gdyby tylko namiot runął, prawdopodobnie obok połamanych stelaży
cała powłoka uległaby podarciu. W najgorszych chwilach podtrzymywałem ściany
namiotu rękami, by wspomóc konstrukcję nośną. Szczęśliwie dala uderzeniowa nie
trwała dłużej niż kilka minut i później pozostał tylko deszcz. Dzielny Komodo
przetrwał kolejny silny wiatr na plaży.
Przy okazji doświadczyłem jednego z najbardziej
niesamowitych zjawisk ostatnich czasów. Potrzebowałem worka foliowego, więc
sięgnąłem do plecaka po rulon cienkich worków na śmieci (są praktyczne i tanie).
Mały szok przeżyłem po odwinięciu jednego kawałka folii.
RULON WORKÓW ZACZĄŁ MI
ŚWIECIĆ W RĘKACH !!!
TAK, to nie żart! Co chwilę zwoje cienkiej folii rozbłyskiwały niczym
podświetlane od środka. Szybko wpadłem na pomysł, skąd to się bierze, niemniej w
życiu bym się czegoś takiego nie spodziewał. Myślę, że Ty tez nie i byłbyś(aś)
równie niesamowicie zaskoczony(a) jak ja! Dla dociekliwych: zwoje folii będącej
dielektrykiem utworzyły kondensator.
Wyładowania atmosferyczne w pobliżu generowały silne polne elektromagnetyczne.
Między warstwami folii powstawało b. wysokie napięcie, w wyniku którego pojawiał
się łuk elektryczny. Zbiór wielu mikrowyładowań rozświetlał rulon niczym
jarzeniówka.
O pierwszej w nocy było po wszystkim. Deszcz przestał padać. Zmuszony
potrzebą wyszedłem na zewnątrz. Ku zdziwieniu było ciepło - można było wyjść bez
ubierania się. Zachęciło mnie to do nocnej kąpieli w morzu. Przy okazji mogłem
się też porządnie umyć, po gorącym dniu. Miła nagroda za burzliwe przeżycia :)
|